Moje dziecko przez prawie 11 miesięcy należało do dzieci, dla których butelka i smoczek mogłyby nie istnieć. Próżne próby nauczenia picia z butelki kończyły się niepowodzeniem, płaczem i w końcowym efekcie przystawieniem do piersi. W takich warunkach można się załamać. Gdyby nie obiadki i kaszki, które może podawać tata, wyjścia na kilka godzi byłyby nierealne. Do rangi marzenia urostało wyjście gdzieś na cały dzień.
Oczywiście co jakiś czas próbowałam nauczyć, że napoje w tym mleko można pić nie tylko z piersi, ale także z kubka niekapka, kubka kapka, czy wreszcie butelki. Bezkutecznie. W duchu czekałam na magiczny moment opisywany przez inne mamy, czyli odstawienie się dziecka od piersi - też nie nastąpiło.
Przełom wypadł w nocy z 29 na 30 grudnia. Wieczór jak każdy inny - wykąpaliśmy dziecko, pobawiliśmy się z nim i w końcu został przystawiony do piersi. Jak zwykle w takich chwilach zasnął. Wraz z mężem obejrzeliśmy jakiś film i dość późno położyliśmy się spać. Dziecko od trzeciego miesiąca życia przesypia całe noce, więc niczego nie przeczuwaliśmy.
Godzina trzecia nad ranem słyszymy przez nianię elektroniczną, że dziecko się obudziało. Zdarza się. Pomarudzi i zaśnie ponownie. Myliliśmy się. Nasz syn w płaczu zaczął się strasznie rozpędzać, słychać było, że jest głodny. Zabrałam go do sypialni i przystawiłam do piersi, ale jak karmić skoro w piersiach o tej porze nic nie ma. Mlody przystawiał się najpierw do jednej piersi, później do drugiej, popłakiwał. W końcu zmęczona całą sytuacją zrobiłam mleko do butelki i mu podałam. Oczywiście zachwycony nie był, ale z pewnością był glodny. W jednej chwili pojął do czego jest butelka i zjadł prawie wszystko co przygotowałam.
Najtrudniejsza decyzja przyszła rano. Pobudka i poranne karmienie. Zdecydowałam, że pójdę za ciosem i podam butlę. Wszystkie kolejne przystawienia piersią zastąpiłam butelką (próbowałam z kubkami, ale nie działało) i udało się. Po kilku dniach marudzenia dziecko zostało odstawione od piersi. Dostaje jeszcze moje odciągnięte mleko, ale jednak w głółnej mierze modyfikowane.
Jaka to ulga wie tylko ten kto bezskutecznie próbował odstawić dziecko. Już po tygodniu udało mi się wyjść na cały dzień, zostawić dziecko z tatą i wyjść ze znajomymi. Błogie uczucie. Akumulatory naładowane na długo.
Życzę Ci mamo odstawiająca wytrwalości, bo nigdy nie wiesz kiedy ten wyczekany przez Ciebie moment nastąpi.
czwartek, 14 stycznia 2010
piątek, 23 października 2009
Ząbkowanie
Ile ja się o tym nasłuchałam i naczytałam. Syn jeszcze nie miał zapowiedzi zębów, a ja już wiedziałam, że będzie się ślinił, płakał, nieprzesypiał nocy i inne takie. Jak to zwykle bywa życie zweryfikowało trochę wiedzę książkową...
Pierwsze objawy pojawienia się ząbków obserwowałam w piątym miesiącu. Jak teraz sobie tak myślę to nadmierne ślinienie się i wkładanie rączek do buzi to były objawy. Zero stresu, zero płaczu. Budzę się pewnego pięknego dnia i widzę białą kreseczkę na dziąsełkach. Stukam, pukam łyżeczką i stwierdzam, że Młody ma pierwszego zęba. Ależ byłam dumna. Tego dnia skończył pół roku, a tu taki prezent. Radości było więcej już tydzień później, bo pojawiła się druga dolna jedynka. Tym samym w domu rósł mi mały kasownik. Uroczo wyglądał z dwoma zębami. Stan ten trwał dwa miesiące.
W siódmym miesiącu znowu zaczęły się ślinienia, gryzienie i wkładanie wszystkiego do buzi. Mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenia wiedziałam już, że za kilka dni będą kolejne ząbki. Miałam rację. Już po tygodniu pojawiła się górna jedynka, a za nią druga. W tym miejscu pojawił się problem. Druga jedynka przebiła się tylko częściowo co sprawiało, że reszta pomimo, że chciała już ujrzeć światło dzienne nadal zostawała pod dziąsłem. To były straszne trzy tygodnie. Młody wstawał w nocy z płaczem (jak normalnie przesypia całe noce), pojawiały się stany podgorączkowe i był strasznie marudny. Na dodatek chcąc ułatwić przebicie zęba gryzł co popadnie, w tym mnie przy karmieniu. Nie wiedziałam co robić, odwołałam wszystkie wyjazdy i wszystkie wizyty znajomych, aby móc czas poświęcić dziecku. Pomoc przyniósł żel Dentinox. Wyciąg z rumianku złagodził podrażnienie. Na szczęście ząbki się przebiły i teraz Młody chodzi z nimi na wierzchu jak jakiś mały bóbr.
Kilka dni temu znowu zobaczyłam, że dziecko wkłada różne przedmioty do buzi, gryzie mnie i jest jakiś taki nieswój. Wczoraj w nocy nie spał tylko płakał. Nie można go było uspokoić - karmienie nie pomagało, noszenie nie pomagało, przytulanie nie pomagało... co gorsza był coraz większy krzyk. Jako, że tym razem żel nie pomógł, a dziecko miało coraz wyższą tempraturę zdecydowalam podać mu nurofen dla dzieci - pomogło. Na moje oko idą mu trójki, ale nic nie widać jeszcze.
Zastanawiam się co będzie dalej. Człowiek ma sporo tych zębów, a jak za każdym razem będę musiała rozszerzać środki zapobigawcze braknie mi pomysłów. Teraz dopiero rozumiem co mieli na myśli autorzy publikacji o ząbkowaniu - to naprawdę nie jest łatwy okres zarówno dla dziecka, jak i jego rodziców.
Pierwsze objawy pojawienia się ząbków obserwowałam w piątym miesiącu. Jak teraz sobie tak myślę to nadmierne ślinienie się i wkładanie rączek do buzi to były objawy. Zero stresu, zero płaczu. Budzę się pewnego pięknego dnia i widzę białą kreseczkę na dziąsełkach. Stukam, pukam łyżeczką i stwierdzam, że Młody ma pierwszego zęba. Ależ byłam dumna. Tego dnia skończył pół roku, a tu taki prezent. Radości było więcej już tydzień później, bo pojawiła się druga dolna jedynka. Tym samym w domu rósł mi mały kasownik. Uroczo wyglądał z dwoma zębami. Stan ten trwał dwa miesiące.
W siódmym miesiącu znowu zaczęły się ślinienia, gryzienie i wkładanie wszystkiego do buzi. Mądrzejsza o wcześniejsze doświadczenia wiedziałam już, że za kilka dni będą kolejne ząbki. Miałam rację. Już po tygodniu pojawiła się górna jedynka, a za nią druga. W tym miejscu pojawił się problem. Druga jedynka przebiła się tylko częściowo co sprawiało, że reszta pomimo, że chciała już ujrzeć światło dzienne nadal zostawała pod dziąsłem. To były straszne trzy tygodnie. Młody wstawał w nocy z płaczem (jak normalnie przesypia całe noce), pojawiały się stany podgorączkowe i był strasznie marudny. Na dodatek chcąc ułatwić przebicie zęba gryzł co popadnie, w tym mnie przy karmieniu. Nie wiedziałam co robić, odwołałam wszystkie wyjazdy i wszystkie wizyty znajomych, aby móc czas poświęcić dziecku. Pomoc przyniósł żel Dentinox. Wyciąg z rumianku złagodził podrażnienie. Na szczęście ząbki się przebiły i teraz Młody chodzi z nimi na wierzchu jak jakiś mały bóbr.
Kilka dni temu znowu zobaczyłam, że dziecko wkłada różne przedmioty do buzi, gryzie mnie i jest jakiś taki nieswój. Wczoraj w nocy nie spał tylko płakał. Nie można go było uspokoić - karmienie nie pomagało, noszenie nie pomagało, przytulanie nie pomagało... co gorsza był coraz większy krzyk. Jako, że tym razem żel nie pomógł, a dziecko miało coraz wyższą tempraturę zdecydowalam podać mu nurofen dla dzieci - pomogło. Na moje oko idą mu trójki, ale nic nie widać jeszcze.
Zastanawiam się co będzie dalej. Człowiek ma sporo tych zębów, a jak za każdym razem będę musiała rozszerzać środki zapobigawcze braknie mi pomysłów. Teraz dopiero rozumiem co mieli na myśli autorzy publikacji o ząbkowaniu - to naprawdę nie jest łatwy okres zarówno dla dziecka, jak i jego rodziców.
środa, 21 października 2009
Od jutra nie piję
Też mi postanowienie. Nigdy nawet przez moment nie piłam tak, aby móc tak powiedzieć. Od jutra nie palę, nie biorę dragów itd. Zero wyzwań. Z takimi postanowieniami moje życie nie zmieni się nawet odrobinę, a ja MAM POTRZEBĘ ZMIAN. Cokolwiek - może wstanę z drugiej strony łóżka...
Myślałam, że jak zostanę nianią coś się zmieni. Prawdę mówiąc prawie tak było. Niestety koleżanka dostała wypowiedzenie z pracy i tym samym sama zajmuje się swoim dzieckiem. Ja wróciłam do wcześniejszych zajęć - zajmuję się własnym dzieckiem, mężem, domem, zwierzakami. Moje życie jest jakieś takie... przewidywalne.
Dawniej tak nie było. Zawsze miałam głowę pełną pomysłów, czas i chęci, żeby je realizować. Teraz nadal mam pomysły jednak coś mnie trzyma bliżej ziemi. Nie mam potrzeby skoczenia na bungi, zdobycia Elbrusa (chociaż nie do końca), czy samotnej wędrówki przez Szkocję. Moje myśli częściej krążą wokół męża i syna, naszych wspólnych planów.
Nie jest mi z tym źle, ale muszę zrobić coś dla siebie, oderwać się na moment, albo dwa. Tydzien temu byłam na koncercie. To wyjście jednorazowe, ale zawsze coś. Dzisiaj... postanowiłam coś w sobie zmienić. Nie będę pracować nad swoim charakterem, bo na to wyzwanie przyjdzie jeszcze czas. Zdecydowałam, że zmobilizuję się i zacznę ćwiczyć. Nie jakoś fanatycznie, kilka ćwiczeń dziennie. Małymi kroczkami poprawię swą figurę, której i tak zbyt dużo złego nie mogę zarzucić.
Dlaczego o tym piszę? Otóż, za jakiś czas zajrzę tu i przeczytam, że coś sobie postanowiłam. Głupio mi będzie jak do tego czasu nic nie zrobię. Nie jest to wyzwanie, nie jest to też coś neiprzewidywalnego, ale na drabinę swego szaleństwa chcę wrócić, a mogę to zrobić tylko podejmując małe decyzje. Kiedyś zrobię więszy skok i pewnie też o tym napiszę ;-)
Myślałam, że jak zostanę nianią coś się zmieni. Prawdę mówiąc prawie tak było. Niestety koleżanka dostała wypowiedzenie z pracy i tym samym sama zajmuje się swoim dzieckiem. Ja wróciłam do wcześniejszych zajęć - zajmuję się własnym dzieckiem, mężem, domem, zwierzakami. Moje życie jest jakieś takie... przewidywalne.
Dawniej tak nie było. Zawsze miałam głowę pełną pomysłów, czas i chęci, żeby je realizować. Teraz nadal mam pomysły jednak coś mnie trzyma bliżej ziemi. Nie mam potrzeby skoczenia na bungi, zdobycia Elbrusa (chociaż nie do końca), czy samotnej wędrówki przez Szkocję. Moje myśli częściej krążą wokół męża i syna, naszych wspólnych planów.
Nie jest mi z tym źle, ale muszę zrobić coś dla siebie, oderwać się na moment, albo dwa. Tydzien temu byłam na koncercie. To wyjście jednorazowe, ale zawsze coś. Dzisiaj... postanowiłam coś w sobie zmienić. Nie będę pracować nad swoim charakterem, bo na to wyzwanie przyjdzie jeszcze czas. Zdecydowałam, że zmobilizuję się i zacznę ćwiczyć. Nie jakoś fanatycznie, kilka ćwiczeń dziennie. Małymi kroczkami poprawię swą figurę, której i tak zbyt dużo złego nie mogę zarzucić.
Dlaczego o tym piszę? Otóż, za jakiś czas zajrzę tu i przeczytam, że coś sobie postanowiłam. Głupio mi będzie jak do tego czasu nic nie zrobię. Nie jest to wyzwanie, nie jest to też coś neiprzewidywalnego, ale na drabinę swego szaleństwa chcę wrócić, a mogę to zrobić tylko podejmując małe decyzje. Kiedyś zrobię więszy skok i pewnie też o tym napiszę ;-)
wtorek, 13 października 2009
Jestem nianią
No właśnie - jestem nianią. Tak naprawdę to trochę z przypadku. Jak się Ben
urodził to miesiąc później koleżanka też urodziła syna. Fajnie. Wspólne plany
na zabawy dzieci i przede wszystkim opiekę. Założenie było takie, że ja jako
pracocholik wracam po macierzyńskim do pracy, a koleżanka bierze wychowawczy i zajmuje się dziećmi. Fajny układ.
Niestety moja szefowa oświadczyła, że jak wrócę do pracy to i tak się pożegnamy. Chcąc, nie chcą jestem na wychowawczym. Koleżanka za to wróciła do pracy i to ja zajmuję się dwójką dzieciaków. Dzisiaj już drugi dzień moich zmagań z dwójką małych chłopców. Ale jazda - do matek dwójki dzieci - JAK WY TO ROBICIE? Jak jeden zasypia, drugi go budzi i odwrotnie. Nie można w spokoju nakarmić jednego, bo drugi wtedy na mnie wchodzi. Bawimy się razem to też jest rywalizacja kto będzie bliżej mnie.
Ciekawe czy dam radę. Daliśmy sobie tydzień czasu na "dotarcie się". Pewnie się uda, ale jak już mówiłam - po dwoch dniach pełen szacun przede wszystkim dla mam bliźniaków.
urodził to miesiąc później koleżanka też urodziła syna. Fajnie. Wspólne plany
na zabawy dzieci i przede wszystkim opiekę. Założenie było takie, że ja jako
pracocholik wracam po macierzyńskim do pracy, a koleżanka bierze wychowawczy i zajmuje się dziećmi. Fajny układ.
Niestety moja szefowa oświadczyła, że jak wrócę do pracy to i tak się pożegnamy. Chcąc, nie chcą jestem na wychowawczym. Koleżanka za to wróciła do pracy i to ja zajmuję się dwójką dzieciaków. Dzisiaj już drugi dzień moich zmagań z dwójką małych chłopców. Ale jazda - do matek dwójki dzieci - JAK WY TO ROBICIE? Jak jeden zasypia, drugi go budzi i odwrotnie. Nie można w spokoju nakarmić jednego, bo drugi wtedy na mnie wchodzi. Bawimy się razem to też jest rywalizacja kto będzie bliżej mnie.
Ciekawe czy dam radę. Daliśmy sobie tydzień czasu na "dotarcie się". Pewnie się uda, ale jak już mówiłam - po dwoch dniach pełen szacun przede wszystkim dla mam bliźniaków.
niedziela, 19 lipca 2009
Badanie dna oka u niemowlaka
Jakby się tak zastanowić to piszę na strasznie różne tematy, ale chyba chcę to z siebie wyrzucić. Tym razem jest podobnie.
W związku z licznymi skierowaniami na badania jakie dostał mój już 5-miesięczny syn zlecone mieliśmy wykonanie badanie dna oka. Niby proste. Wydawało mi się, że to jak u dorosłego - pójdziemy, 5 minut i po krzyku. Podczas wizyty jednak się rozczarowałam... bardzo. Wizytę mieliśmy dwa dni temu, a ja do tej pory chodzę w stresie i nie potrafię przestać zapomnieć. Jakbym mogła cofnąć czas w życiu bym tam nie poszła, a każdej matce, która ma zlecone te badanie u dziecka radzę się poważnie zastanowić czy warto.
Do szpitala pojechaliśmy na 8.00 rano i szybko się zarejestrowaliśmy. Następnie skierowano nas do poczekalni gdzie czekaliśmy na okulistę, który dyżur zaczynał o 9.00 rano. Trochę mnie to zasmuciło, bo dziecko kazano nakarmić w domu, a później już nie, bo badanie ma być robione na czczo (dziecko ostatni raz jadło o 7.00). Podczas tego czekania cztery razy, tak co 20 minut, była u nas Pani pielęgniarka, która zakraplała oczy dziecka. Nie wiem czym, ale bardzo go szczypało i miał po tym rozszerzone źrenice. Te szybko mu się zwężały i zastanawiała się czy tego jeszcze nie powtórzyć. W końcu zdecydowano nas poprosić do okulisty. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak dokładnie wygląda badanie, ale też nie spodziewałam się czegoś złego.
Do gabinetu mogła wejść tylko jedna osoba z dzieckiem, aby go nie rozpraszać. W tym miejscu popełniliśmy kolejny błąd, bo weszłam jako matka. Dziecko położono na stole, zawinięto w pieluchę, którą dałam i jakieś prześcieradło. Tym samym miał skrępowane rączki i nóżki jak jakiś noworodek w szpitalu. W następnej minucie nastąpił kolejny wstrząs. Kazano mi trzymać dziecko za ramiona i POŁOŻYĆ SIĘ na jego nogach, żeby nie mógł się ruszyć. Pani pielęgniarka trzymała mu głowę. Sądziłam, że jest to duża przesada. Jak taki Maluszek mógłby coś zrobić. Zrozumiałam chwilę później, gdy omal mnie z siebie nie zrzucił.
Początkowo sam fakt badania nie przejął mojego dziecka, obserwował otoczenie jak to zwykle robi w nowym miejscu. Nie wiem jednak czy coś widział, bo źrenice miał tak rozszerzone jakby był naćpany i to niejednym ziołem. A teraz najgorsze...
Zakroplono mu oczy i założono jakiś przyrząd, który rozchylał powiekę, aby się nie zamknęła. Wyglądało to okropnie. Następnie Pani okulistka wyjęła jakiegoś "dźgulca". Nie mam pojęcia jak można to nazwać. Był to taki przyrząd jaki zwykle widzi się u dentysty. Metalowa słomka, wykrzywiona i ostro zakończona na końcu w celu wyciągania różnych rzeczy z zęba. Różnica między tym opisanym, a tym który miała okulistka była taka, że jej przyrżad był raczej tępy. Trzymając to w ręce nachyliła się nad moim skrępowanym dzieckiem, z rozszerzoną powieką i powiększonymi źrenicami i... ZACZĘŁA GRZEBAĆ MU TYM W OKU !!!!!!!!!!!! Podważała gałkę oczną z każdej strony, a on krzyczał w niebogłosy. Ja z bezradności leżałam na nim i płakałam z nim. Chciałam, żeby to się skończyło. Wyszły jakieś ubytki i Pani okulistka chciała im się dokładnie przyjrzeć, ale nadal KOSZTEM MOJEGO DZIECKA!!!! W życiu nie słyszałam, aby tak płakał. Modliłam się, aby to się już skończyło.
Miałam nadzieję, że wystarczy przebadać jedno oko. Myliłam się. Przełożyłą przyrząd na powiekę, na drugie oko i zaczęła od nowa. Jako, że nie miał dostatecznie rozszerzonej źrenicy trzeba bylo ponownie zakropić oko. Zrobiono to i pozowolono mi go uspokoić. Wzięłam na ręce, przytuliła i uspokoiłam. Niestety po chwili całość operacji musieliśmy powtórzyć. Dodatkowo tym razem na każdym oku, aby porównywać zmiany.
W końcu się to skończyło. Dziecko uspokoiło się na rękach, a ja cały czas płakałam, że naraziłam go na takie cierpienie. On jest bezbronny, a ja jestem przecież tą osobą, która ma go chronić. Czułam, że Pani okulistka dokonująca wpisu w książeczce zdrowia dziecka o zaobserwowanych zmianach rozumiała mnie. Powiedziała, że takie badanie zwykle robi się wcześniakom w pierwszych miesiącach życia, ale nie tak późno. Najczęściej lekarze kierujący - pediatrzy, neurolodzy - nie mają pojęcia jak dokładnie wygląda to badanie i kierują żeby mieć kolejne potwierdzenie na stan zdrowia dziecka.
Tak ok. 10.30 już po wyjściu z gabinetu mogłam nakarmić dziecko. Mąż widząc w jakim wyszłam stanie nie zadawał zbędnych pytań i sam stwierdził, że raczej nie chce wiedzieć jak to wyglądało. Maluszek zasnął mi na rękach. Zabraliśmy go do domu, chroniąc jego rozszerzone źrenice przed slońcem i pozwoliliśmy mu przespać pół dnia. Po obudzeniu sie jakby nigdy nic śmiał się, bawił i zachowywał tak, jakby to co miało miejsce było tylko snem, który już nie wróci.
I tutaj do wszystkich czytającyh. Jeżeli Wasze dziecko w przyszłości będzie miało zlecone takie badanie zapytajcie lekarza minimum tysiąc razy, czy jest ono konieczne i czy nie można go obejść. Ja już wiem, że gdy będę miała kolejnego Maluszka nie narażę go na takie cierpienie i zrobię wszystko, aby wyniki badań zdobywać w inny sposób.
W związku z licznymi skierowaniami na badania jakie dostał mój już 5-miesięczny syn zlecone mieliśmy wykonanie badanie dna oka. Niby proste. Wydawało mi się, że to jak u dorosłego - pójdziemy, 5 minut i po krzyku. Podczas wizyty jednak się rozczarowałam... bardzo. Wizytę mieliśmy dwa dni temu, a ja do tej pory chodzę w stresie i nie potrafię przestać zapomnieć. Jakbym mogła cofnąć czas w życiu bym tam nie poszła, a każdej matce, która ma zlecone te badanie u dziecka radzę się poważnie zastanowić czy warto.
Do szpitala pojechaliśmy na 8.00 rano i szybko się zarejestrowaliśmy. Następnie skierowano nas do poczekalni gdzie czekaliśmy na okulistę, który dyżur zaczynał o 9.00 rano. Trochę mnie to zasmuciło, bo dziecko kazano nakarmić w domu, a później już nie, bo badanie ma być robione na czczo (dziecko ostatni raz jadło o 7.00). Podczas tego czekania cztery razy, tak co 20 minut, była u nas Pani pielęgniarka, która zakraplała oczy dziecka. Nie wiem czym, ale bardzo go szczypało i miał po tym rozszerzone źrenice. Te szybko mu się zwężały i zastanawiała się czy tego jeszcze nie powtórzyć. W końcu zdecydowano nas poprosić do okulisty. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak dokładnie wygląda badanie, ale też nie spodziewałam się czegoś złego.
Do gabinetu mogła wejść tylko jedna osoba z dzieckiem, aby go nie rozpraszać. W tym miejscu popełniliśmy kolejny błąd, bo weszłam jako matka. Dziecko położono na stole, zawinięto w pieluchę, którą dałam i jakieś prześcieradło. Tym samym miał skrępowane rączki i nóżki jak jakiś noworodek w szpitalu. W następnej minucie nastąpił kolejny wstrząs. Kazano mi trzymać dziecko za ramiona i POŁOŻYĆ SIĘ na jego nogach, żeby nie mógł się ruszyć. Pani pielęgniarka trzymała mu głowę. Sądziłam, że jest to duża przesada. Jak taki Maluszek mógłby coś zrobić. Zrozumiałam chwilę później, gdy omal mnie z siebie nie zrzucił.
Początkowo sam fakt badania nie przejął mojego dziecka, obserwował otoczenie jak to zwykle robi w nowym miejscu. Nie wiem jednak czy coś widział, bo źrenice miał tak rozszerzone jakby był naćpany i to niejednym ziołem. A teraz najgorsze...
Zakroplono mu oczy i założono jakiś przyrząd, który rozchylał powiekę, aby się nie zamknęła. Wyglądało to okropnie. Następnie Pani okulistka wyjęła jakiegoś "dźgulca". Nie mam pojęcia jak można to nazwać. Był to taki przyrząd jaki zwykle widzi się u dentysty. Metalowa słomka, wykrzywiona i ostro zakończona na końcu w celu wyciągania różnych rzeczy z zęba. Różnica między tym opisanym, a tym który miała okulistka była taka, że jej przyrżad był raczej tępy. Trzymając to w ręce nachyliła się nad moim skrępowanym dzieckiem, z rozszerzoną powieką i powiększonymi źrenicami i... ZACZĘŁA GRZEBAĆ MU TYM W OKU !!!!!!!!!!!! Podważała gałkę oczną z każdej strony, a on krzyczał w niebogłosy. Ja z bezradności leżałam na nim i płakałam z nim. Chciałam, żeby to się skończyło. Wyszły jakieś ubytki i Pani okulistka chciała im się dokładnie przyjrzeć, ale nadal KOSZTEM MOJEGO DZIECKA!!!! W życiu nie słyszałam, aby tak płakał. Modliłam się, aby to się już skończyło.
Miałam nadzieję, że wystarczy przebadać jedno oko. Myliłam się. Przełożyłą przyrząd na powiekę, na drugie oko i zaczęła od nowa. Jako, że nie miał dostatecznie rozszerzonej źrenicy trzeba bylo ponownie zakropić oko. Zrobiono to i pozowolono mi go uspokoić. Wzięłam na ręce, przytuliła i uspokoiłam. Niestety po chwili całość operacji musieliśmy powtórzyć. Dodatkowo tym razem na każdym oku, aby porównywać zmiany.
W końcu się to skończyło. Dziecko uspokoiło się na rękach, a ja cały czas płakałam, że naraziłam go na takie cierpienie. On jest bezbronny, a ja jestem przecież tą osobą, która ma go chronić. Czułam, że Pani okulistka dokonująca wpisu w książeczce zdrowia dziecka o zaobserwowanych zmianach rozumiała mnie. Powiedziała, że takie badanie zwykle robi się wcześniakom w pierwszych miesiącach życia, ale nie tak późno. Najczęściej lekarze kierujący - pediatrzy, neurolodzy - nie mają pojęcia jak dokładnie wygląda to badanie i kierują żeby mieć kolejne potwierdzenie na stan zdrowia dziecka.
Tak ok. 10.30 już po wyjściu z gabinetu mogłam nakarmić dziecko. Mąż widząc w jakim wyszłam stanie nie zadawał zbędnych pytań i sam stwierdził, że raczej nie chce wiedzieć jak to wyglądało. Maluszek zasnął mi na rękach. Zabraliśmy go do domu, chroniąc jego rozszerzone źrenice przed slońcem i pozwoliliśmy mu przespać pół dnia. Po obudzeniu sie jakby nigdy nic śmiał się, bawił i zachowywał tak, jakby to co miało miejsce było tylko snem, który już nie wróci.
I tutaj do wszystkich czytającyh. Jeżeli Wasze dziecko w przyszłości będzie miało zlecone takie badanie zapytajcie lekarza minimum tysiąc razy, czy jest ono konieczne i czy nie można go obejść. Ja już wiem, że gdy będę miała kolejnego Maluszka nie narażę go na takie cierpienie i zrobię wszystko, aby wyniki badań zdobywać w inny sposób.
wtorek, 16 czerwca 2009
Pamiętaj, abyś dzień święty święcił
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w Bachórzu na Pogórzu Dynowskim. W tym czasie miałam mnóstwo czasu na odpoczynek, zwiedzanie, a także obserwowanie ludzi. W tej jakże małej miejscowości zaskoczyło mnie kilka rzeczy.
Przede wszystkim uprzejmość ludzi. Nie jakaś wymuszona tylko zwykła i szczera. Chodząc na codzienne spacery z dzieckiem w wózku, spotykałam ludzi uśmiechniętych, odpowiadających na pozdrowienia i zatrzymujących się, aby chwilkę porozmawiać. Niby taka zwykła sprawa, a jednak zaskakuje. Anonimowość miast sprawia, że ludzie nawet w tłumie potrafią być samotni. Uciekamy od życzliwych gestów i wręcz budujemy wokół siebie niepotrzebne mury. Warto wyjechać gdzieś, gdzie ten straszny zwyczaj jeszcze nie dotarł.
Inna sprawa, na którą zwróciłam uwagę to szacunek dla pracy i święta. Tutaj miałam mozliwość przyjrzenia się sąsiadowi. Człowiek, o którym można powiedzieć "złota rączka" przez cały tydzień miał ręce pełne roboty. Pracował u siebie, a także u sąsiadów. Doglądał zwierząt, pracował na polu, naprawiał dachy, rynny, przebite opony... jednym słowem robił wszystko. W dodatku widać było, że praca sprawia mu przyjemność. W tym całym wirze pracy, w ubraniu roboczym widywałam go każdego dnia. Tak się przyzwyczaiłam do tego widoku, że gdy przyszła niedziela, a później Boże Cialo zdziwił mnie jego elegancki ubiór. On naprawdę w te dni nie pracował. Faktycznie robił przerwę. Wszystko mogło poczekać, bo w ten dzień trzeba było zająć się innymi sprawami. Ja, można powiedzieć człowiek z miasta nie ukrywam, ale nie potrafię się tak zatrzymać. Przyzwyczajona do otwartych sklepów, do pracy w domu, bo wreszcie jest na to czas dopiero tam dostrzegłam dzielące nas różnice.
W tym całym zgiełku miasta podziwiam ludzi, którzy potrafią się jednak zatrzymać i święcić ten wolny dzień. Po tym wyjeździe postanowiłam, że ja też zacznę odróżniać święto od zwykłego dnia pracy. Czy mi się uda? ;-).
Przede wszystkim uprzejmość ludzi. Nie jakaś wymuszona tylko zwykła i szczera. Chodząc na codzienne spacery z dzieckiem w wózku, spotykałam ludzi uśmiechniętych, odpowiadających na pozdrowienia i zatrzymujących się, aby chwilkę porozmawiać. Niby taka zwykła sprawa, a jednak zaskakuje. Anonimowość miast sprawia, że ludzie nawet w tłumie potrafią być samotni. Uciekamy od życzliwych gestów i wręcz budujemy wokół siebie niepotrzebne mury. Warto wyjechać gdzieś, gdzie ten straszny zwyczaj jeszcze nie dotarł.
Inna sprawa, na którą zwróciłam uwagę to szacunek dla pracy i święta. Tutaj miałam mozliwość przyjrzenia się sąsiadowi. Człowiek, o którym można powiedzieć "złota rączka" przez cały tydzień miał ręce pełne roboty. Pracował u siebie, a także u sąsiadów. Doglądał zwierząt, pracował na polu, naprawiał dachy, rynny, przebite opony... jednym słowem robił wszystko. W dodatku widać było, że praca sprawia mu przyjemność. W tym całym wirze pracy, w ubraniu roboczym widywałam go każdego dnia. Tak się przyzwyczaiłam do tego widoku, że gdy przyszła niedziela, a później Boże Cialo zdziwił mnie jego elegancki ubiór. On naprawdę w te dni nie pracował. Faktycznie robił przerwę. Wszystko mogło poczekać, bo w ten dzień trzeba było zająć się innymi sprawami. Ja, można powiedzieć człowiek z miasta nie ukrywam, ale nie potrafię się tak zatrzymać. Przyzwyczajona do otwartych sklepów, do pracy w domu, bo wreszcie jest na to czas dopiero tam dostrzegłam dzielące nas różnice.
W tym całym zgiełku miasta podziwiam ludzi, którzy potrafią się jednak zatrzymać i święcić ten wolny dzień. Po tym wyjeździe postanowiłam, że ja też zacznę odróżniać święto od zwykłego dnia pracy. Czy mi się uda? ;-).
środa, 27 maja 2009
Truskawki
Dieta jest straszna.
Gdy człowiek odchudza się z wyboru ogranicza jedzenie, gdy z choroby stosuje zalecaną dietę, ale wprowadzanie ograniczeń ze względu na karmienie piersią jest dziwne. Jeszcze w szpitalu usłyszałam co wolno, a czego nie. Poradzono mi jakie produkty ograniczyć, jakie wprowadzać po miesiącu, a jakich najlepiej unikać ze względu na dobro dziecka. O zgrozo - wyszło na to, że nie wolno jeść grzybów, cytrusów i co najważniejsze truskawek.
Grzyby mi się zdarzają i na szczęście dziecku nic nie jest. Piję herbatę z cytryną i czasem soki, w których takie owoce występują, więc cytrusy też go jakoś nie uczulają go. Największym alergenem podobno są truskawki (o orzechach też słyszałam). Piszę podobno, bo przez to całe gadanie boję się ich jeść.
Wczoraj dostaliśmy od naszych wspaniałych sąsiadów koszyczek truskawek. Prawdziwe, czerwone, soczyste truskawki. Już na sam ich widok człowiek wyobraża sobie pełną miseczkę polanych śmietaną. W dalszej kolejności pomyślałam o makaronie z truskawkami, knedlach, dżemie i kompocie. Co z tego jak w końcu przyszła refleksja - przecież nie mogę jeść truskawek, bo karmię!
Straszne cierpienia przeżywałam jak wszyscy jedli, a ja tylko obok nich chodziłam. Znam smak truskawek od dziecka i co roku z niecierpliwością wyczekuję momentu kiedy się pojawiają. Teraz się pojawiły... Kusiły swoją obecnością stojąc na blacie w kuchni. W końcu stało się. Czułam się jak złodziej, który cały dzień przygotowywał akcję. Zakradłam się do kuchni (nie można powiedzieć, abym tam śmiało poszła) niby przygotowując herbatę. Wyjęłam jedną truskawkę z koszyka. Była duża, czerwona i patrzyła na mnie jakby chciała być zjedzona. Cóż mogłam zrobić - ugryzłam... jaki to był smak! Słodycz w ustach. Zanim się spostrzegłam już jadłam piątą truskawkę. Mniej więcej na tym etapie przyszło opamiętanie.
Teraz czekam. Od wczoraj mój syn nie ma wysypki, czy innych objawów, które wskazywałyby na szkodliwość mojego czynu. Jak ten stan się utrzyma jeszcze kilka dni to na następny raz zjem dziesięć truskawek, a co ;-)
Dieta z pewnością ma na celu dbanie o zdrowie moje, czy dziecka. Niestety przyjemnie jest ulegać drobnym pokusom nawet wiedząc, że za kilka dni pomysł ten może okazać się pomyłką.
Gdy człowiek odchudza się z wyboru ogranicza jedzenie, gdy z choroby stosuje zalecaną dietę, ale wprowadzanie ograniczeń ze względu na karmienie piersią jest dziwne. Jeszcze w szpitalu usłyszałam co wolno, a czego nie. Poradzono mi jakie produkty ograniczyć, jakie wprowadzać po miesiącu, a jakich najlepiej unikać ze względu na dobro dziecka. O zgrozo - wyszło na to, że nie wolno jeść grzybów, cytrusów i co najważniejsze truskawek.
Grzyby mi się zdarzają i na szczęście dziecku nic nie jest. Piję herbatę z cytryną i czasem soki, w których takie owoce występują, więc cytrusy też go jakoś nie uczulają go. Największym alergenem podobno są truskawki (o orzechach też słyszałam). Piszę podobno, bo przez to całe gadanie boję się ich jeść.
Wczoraj dostaliśmy od naszych wspaniałych sąsiadów koszyczek truskawek. Prawdziwe, czerwone, soczyste truskawki. Już na sam ich widok człowiek wyobraża sobie pełną miseczkę polanych śmietaną. W dalszej kolejności pomyślałam o makaronie z truskawkami, knedlach, dżemie i kompocie. Co z tego jak w końcu przyszła refleksja - przecież nie mogę jeść truskawek, bo karmię!
Straszne cierpienia przeżywałam jak wszyscy jedli, a ja tylko obok nich chodziłam. Znam smak truskawek od dziecka i co roku z niecierpliwością wyczekuję momentu kiedy się pojawiają. Teraz się pojawiły... Kusiły swoją obecnością stojąc na blacie w kuchni. W końcu stało się. Czułam się jak złodziej, który cały dzień przygotowywał akcję. Zakradłam się do kuchni (nie można powiedzieć, abym tam śmiało poszła) niby przygotowując herbatę. Wyjęłam jedną truskawkę z koszyka. Była duża, czerwona i patrzyła na mnie jakby chciała być zjedzona. Cóż mogłam zrobić - ugryzłam... jaki to był smak! Słodycz w ustach. Zanim się spostrzegłam już jadłam piątą truskawkę. Mniej więcej na tym etapie przyszło opamiętanie.
Teraz czekam. Od wczoraj mój syn nie ma wysypki, czy innych objawów, które wskazywałyby na szkodliwość mojego czynu. Jak ten stan się utrzyma jeszcze kilka dni to na następny raz zjem dziesięć truskawek, a co ;-)
Dieta z pewnością ma na celu dbanie o zdrowie moje, czy dziecka. Niestety przyjemnie jest ulegać drobnym pokusom nawet wiedząc, że za kilka dni pomysł ten może okazać się pomyłką.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
