wtorek, 26 maja 2009

Dzień Matki

Kto by pomyślał, że to będzie też moje święto. Całe życie, a wydawało mi się, że już trochę lat mam (27), broniłam się rękami i nogami nawet przed myślą o posiadaniu dzieci. Nie wyobrażałam sobie siebie w roli matki. Koleżanki, które zostawały mamami mogły liczyć na mój zachwyt nad dzieckiem i zainteresowanie, ale nigdy na słowa, że "ja też chcę".

Wszystko zmieniło się dwa lata temu. Tuż po zaręczynach rozmawialiśmy z moją Drugą Połową, że rodzina to oczywiście mąż, żona, ale także dziecko. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, nie zaczęliśmy się starać o dzidziusia z dnia na dzień. Najwyczajniej w świecie ustaliliśmy, że jak natura da, to będziemy rodzicami.

Natura sprawiła nam podarunek tuż przed ślubem. Idąc na spacer na Wiankach w Krakowie zapytałam wtedy przyszłego męża: "Będziesz się cieszył jak będziemy mieli dziecko?". Niczego nieświadomy odpowiedział z tylko sobie znaną subtelnością "Chyba będę musiał". Pomimo, że znałam ten sposób odpowiedzi na moje pytania to sprawiło, że zaczęłam płakać. Szybko jednak wyjaśliśmy sobie wszystko i od tamtego momentu czekaliśmy na potomka. Planowaliśmy wspólne mieszkanie, jego pokój, rozmawialiśmy o wychowaniu.

Może jestem złą matką, ale pomimo tego całego oczekiwania instynkt maciewrzyński jakoś się we mnie nie rodził. Co gorsza zaczęłam popadać w zły nastrój, bo nie będę miała czasu na moje ukochane góry. Na szczęście to się wszystko zmienia. Tuż po urodzeniu syna wszystkie priorytety zmieniły swoją kolejność. W życiu nie przypuszczałam, że taka mała istotka może tyle zmienić.

Teraz Beniamin jest moim oczkiem w głowie. Nie zmieniliśmy z mężem nawyków - wciąż dużo podróżujemy - chociaż teraz już nie jesteśmy sami. Każdego dnia obserwujemy postęp w rozwoju dziecka, każdego dnia coś nas cieszy. Jego małe sukcesy sprawiają, że życie nabiera kolorów.

Dzisiaj rano obudziłam się jak zawsze. Nakarmiłam dziecko, posprzątałam, przygotowałam się do kolejnego dnia życia. Mąż zajęty był swoimi sprawami. Nic nie zapowiadało czegoś szczególnego, a jednak... siedziałam sobie w pokoju, gdy Bartek wszedł z naszym synem na rękach. Ten mały człowiek (3 miesiące) wręczył mi kwiaty i obdarował mnie najbardzoiej promiennym uśmiechem jaki kiedykolwiek u niego widziałam. Spojrzał na kwiaty, na mnie i na tatę i wtedy czułam jak nigdy, że jesteśmy rodziną.

Zabawne, nigdy nie myślałam, że to będzie moje święto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz