środa, 27 maja 2009

Truskawki

Dieta jest straszna.
Gdy człowiek odchudza się z wyboru ogranicza jedzenie, gdy z choroby stosuje zalecaną dietę, ale wprowadzanie ograniczeń ze względu na karmienie piersią jest dziwne. Jeszcze w szpitalu usłyszałam co wolno, a czego nie. Poradzono mi jakie produkty ograniczyć, jakie wprowadzać po miesiącu, a jakich najlepiej unikać ze względu na dobro dziecka. O zgrozo - wyszło na to, że nie wolno jeść grzybów, cytrusów i co najważniejsze truskawek.

Grzyby mi się zdarzają i na szczęście dziecku nic nie jest. Piję herbatę z cytryną i czasem soki, w których takie owoce występują, więc cytrusy też go jakoś nie uczulają go. Największym alergenem podobno są truskawki (o orzechach też słyszałam). Piszę podobno, bo przez to całe gadanie boję się ich jeść.

Wczoraj dostaliśmy od naszych wspaniałych sąsiadów koszyczek truskawek. Prawdziwe, czerwone, soczyste truskawki. Już na sam ich widok człowiek wyobraża sobie pełną miseczkę polanych śmietaną. W dalszej kolejności pomyślałam o makaronie z truskawkami, knedlach, dżemie i kompocie. Co z tego jak w końcu przyszła refleksja - przecież nie mogę jeść truskawek, bo karmię!

Straszne cierpienia przeżywałam jak wszyscy jedli, a ja tylko obok nich chodziłam. Znam smak truskawek od dziecka i co roku z niecierpliwością wyczekuję momentu kiedy się pojawiają. Teraz się pojawiły... Kusiły swoją obecnością stojąc na blacie w kuchni. W końcu stało się. Czułam się jak złodziej, który cały dzień przygotowywał akcję. Zakradłam się do kuchni (nie można powiedzieć, abym tam śmiało poszła) niby przygotowując herbatę. Wyjęłam jedną truskawkę z koszyka. Była duża, czerwona i patrzyła na mnie jakby chciała być zjedzona. Cóż mogłam zrobić - ugryzłam... jaki to był smak! Słodycz w ustach. Zanim się spostrzegłam już jadłam piątą truskawkę. Mniej więcej na tym etapie przyszło opamiętanie.

Teraz czekam. Od wczoraj mój syn nie ma wysypki, czy innych objawów, które wskazywałyby na szkodliwość mojego czynu. Jak ten stan się utrzyma jeszcze kilka dni to na następny raz zjem dziesięć truskawek, a co ;-)

Dieta z pewnością ma na celu dbanie o zdrowie moje, czy dziecka. Niestety przyjemnie jest ulegać drobnym pokusom nawet wiedząc, że za kilka dni pomysł ten może okazać się pomyłką.

wtorek, 26 maja 2009

Dzień Matki

Kto by pomyślał, że to będzie też moje święto. Całe życie, a wydawało mi się, że już trochę lat mam (27), broniłam się rękami i nogami nawet przed myślą o posiadaniu dzieci. Nie wyobrażałam sobie siebie w roli matki. Koleżanki, które zostawały mamami mogły liczyć na mój zachwyt nad dzieckiem i zainteresowanie, ale nigdy na słowa, że "ja też chcę".

Wszystko zmieniło się dwa lata temu. Tuż po zaręczynach rozmawialiśmy z moją Drugą Połową, że rodzina to oczywiście mąż, żona, ale także dziecko. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, nie zaczęliśmy się starać o dzidziusia z dnia na dzień. Najwyczajniej w świecie ustaliliśmy, że jak natura da, to będziemy rodzicami.

Natura sprawiła nam podarunek tuż przed ślubem. Idąc na spacer na Wiankach w Krakowie zapytałam wtedy przyszłego męża: "Będziesz się cieszył jak będziemy mieli dziecko?". Niczego nieświadomy odpowiedział z tylko sobie znaną subtelnością "Chyba będę musiał". Pomimo, że znałam ten sposób odpowiedzi na moje pytania to sprawiło, że zaczęłam płakać. Szybko jednak wyjaśliśmy sobie wszystko i od tamtego momentu czekaliśmy na potomka. Planowaliśmy wspólne mieszkanie, jego pokój, rozmawialiśmy o wychowaniu.

Może jestem złą matką, ale pomimo tego całego oczekiwania instynkt maciewrzyński jakoś się we mnie nie rodził. Co gorsza zaczęłam popadać w zły nastrój, bo nie będę miała czasu na moje ukochane góry. Na szczęście to się wszystko zmienia. Tuż po urodzeniu syna wszystkie priorytety zmieniły swoją kolejność. W życiu nie przypuszczałam, że taka mała istotka może tyle zmienić.

Teraz Beniamin jest moim oczkiem w głowie. Nie zmieniliśmy z mężem nawyków - wciąż dużo podróżujemy - chociaż teraz już nie jesteśmy sami. Każdego dnia obserwujemy postęp w rozwoju dziecka, każdego dnia coś nas cieszy. Jego małe sukcesy sprawiają, że życie nabiera kolorów.

Dzisiaj rano obudziłam się jak zawsze. Nakarmiłam dziecko, posprzątałam, przygotowałam się do kolejnego dnia życia. Mąż zajęty był swoimi sprawami. Nic nie zapowiadało czegoś szczególnego, a jednak... siedziałam sobie w pokoju, gdy Bartek wszedł z naszym synem na rękach. Ten mały człowiek (3 miesiące) wręczył mi kwiaty i obdarował mnie najbardzoiej promiennym uśmiechem jaki kiedykolwiek u niego widziałam. Spojrzał na kwiaty, na mnie i na tatę i wtedy czułam jak nigdy, że jesteśmy rodziną.

Zabawne, nigdy nie myślałam, że to będzie moje święto.