niedziela, 19 lipca 2009

Badanie dna oka u niemowlaka

Jakby się tak zastanowić to piszę na strasznie różne tematy, ale chyba chcę to z siebie wyrzucić. Tym razem jest podobnie.

W związku z licznymi skierowaniami na badania jakie dostał mój już 5-miesięczny syn zlecone mieliśmy wykonanie badanie dna oka. Niby proste. Wydawało mi się, że to jak u dorosłego - pójdziemy, 5 minut i po krzyku. Podczas wizyty jednak się rozczarowałam... bardzo. Wizytę mieliśmy dwa dni temu, a ja do tej pory chodzę w stresie i nie potrafię przestać zapomnieć. Jakbym mogła cofnąć czas w życiu bym tam nie poszła, a każdej matce, która ma zlecone te badanie u dziecka radzę się poważnie zastanowić czy warto.

Do szpitala pojechaliśmy na 8.00 rano i szybko się zarejestrowaliśmy. Następnie skierowano nas do poczekalni gdzie czekaliśmy na okulistę, który dyżur zaczynał o 9.00 rano. Trochę mnie to zasmuciło, bo dziecko kazano nakarmić w domu, a później już nie, bo badanie ma być robione na czczo (dziecko ostatni raz jadło o 7.00). Podczas tego czekania cztery razy, tak co 20 minut, była u nas Pani pielęgniarka, która zakraplała oczy dziecka. Nie wiem czym, ale bardzo go szczypało i miał po tym rozszerzone źrenice. Te szybko mu się zwężały i zastanawiała się czy tego jeszcze nie powtórzyć. W końcu zdecydowano nas poprosić do okulisty. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak dokładnie wygląda badanie, ale też nie spodziewałam się czegoś złego.

Do gabinetu mogła wejść tylko jedna osoba z dzieckiem, aby go nie rozpraszać. W tym miejscu popełniliśmy kolejny błąd, bo weszłam jako matka. Dziecko położono na stole, zawinięto w pieluchę, którą dałam i jakieś prześcieradło. Tym samym miał skrępowane rączki i nóżki jak jakiś noworodek w szpitalu. W następnej minucie nastąpił kolejny wstrząs. Kazano mi trzymać dziecko za ramiona i POŁOŻYĆ SIĘ na jego nogach, żeby nie mógł się ruszyć. Pani pielęgniarka trzymała mu głowę. Sądziłam, że jest to duża przesada. Jak taki Maluszek mógłby coś zrobić. Zrozumiałam chwilę później, gdy omal mnie z siebie nie zrzucił.

Początkowo sam fakt badania nie przejął mojego dziecka, obserwował otoczenie jak to zwykle robi w nowym miejscu. Nie wiem jednak czy coś widział, bo źrenice miał tak rozszerzone jakby był naćpany i to niejednym ziołem. A teraz najgorsze...

Zakroplono mu oczy i założono jakiś przyrząd, który rozchylał powiekę, aby się nie zamknęła. Wyglądało to okropnie. Następnie Pani okulistka wyjęła jakiegoś "dźgulca". Nie mam pojęcia jak można to nazwać. Był to taki przyrząd jaki zwykle widzi się u dentysty. Metalowa słomka, wykrzywiona i ostro zakończona na końcu w celu wyciągania różnych rzeczy z zęba. Różnica między tym opisanym, a tym który miała okulistka była taka, że jej przyrżad był raczej tępy. Trzymając to w ręce nachyliła się nad moim skrępowanym dzieckiem, z rozszerzoną powieką i powiększonymi źrenicami i... ZACZĘŁA GRZEBAĆ MU TYM W OKU !!!!!!!!!!!! Podważała gałkę oczną z każdej strony, a on krzyczał w niebogłosy. Ja z bezradności leżałam na nim i płakałam z nim. Chciałam, żeby to się skończyło. Wyszły jakieś ubytki i Pani okulistka chciała im się dokładnie przyjrzeć, ale nadal KOSZTEM MOJEGO DZIECKA!!!! W życiu nie słyszałam, aby tak płakał. Modliłam się, aby to się już skończyło.

Miałam nadzieję, że wystarczy przebadać jedno oko. Myliłam się. Przełożyłą przyrząd na powiekę, na drugie oko i zaczęła od nowa. Jako, że nie miał dostatecznie rozszerzonej źrenicy trzeba bylo ponownie zakropić oko. Zrobiono to i pozowolono mi go uspokoić. Wzięłam na ręce, przytuliła i uspokoiłam. Niestety po chwili całość operacji musieliśmy powtórzyć. Dodatkowo tym razem na każdym oku, aby porównywać zmiany.

W końcu się to skończyło. Dziecko uspokoiło się na rękach, a ja cały czas płakałam, że naraziłam go na takie cierpienie. On jest bezbronny, a ja jestem przecież tą osobą, która ma go chronić. Czułam, że Pani okulistka dokonująca wpisu w książeczce zdrowia dziecka o zaobserwowanych zmianach rozumiała mnie. Powiedziała, że takie badanie zwykle robi się wcześniakom w pierwszych miesiącach życia, ale nie tak późno. Najczęściej lekarze kierujący - pediatrzy, neurolodzy - nie mają pojęcia jak dokładnie wygląda to badanie i kierują żeby mieć kolejne potwierdzenie na stan zdrowia dziecka.

Tak ok. 10.30 już po wyjściu z gabinetu mogłam nakarmić dziecko. Mąż widząc w jakim wyszłam stanie nie zadawał zbędnych pytań i sam stwierdził, że raczej nie chce wiedzieć jak to wyglądało. Maluszek zasnął mi na rękach. Zabraliśmy go do domu, chroniąc jego rozszerzone źrenice przed slońcem i pozwoliliśmy mu przespać pół dnia. Po obudzeniu sie jakby nigdy nic śmiał się, bawił i zachowywał tak, jakby to co miało miejsce było tylko snem, który już nie wróci.

I tutaj do wszystkich czytającyh. Jeżeli Wasze dziecko w przyszłości będzie miało zlecone takie badanie zapytajcie lekarza minimum tysiąc razy, czy jest ono konieczne i czy nie można go obejść. Ja już wiem, że gdy będę miała kolejnego Maluszka nie narażę go na takie cierpienie i zrobię wszystko, aby wyniki badań zdobywać w inny sposób.